Pierwsze wrażenia: Buddy Complex
No i nowy sezon nam się zaczął. Całkiem mocno nieźle przeciętnie - bają o chędożeniu młodszej siostry i typowym akcyjniaku z mechami. Oczywiście, że ja wolałam zacząć od tego drugiego.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak bardzo jest to anime przeciętne, rzućcie okiem na czołówkę - wygląda jak dosłownie każda czołówka czegokolwiek.
Przyszłość, roboty walczą z wojskiem, nagle otwiera się tunel czasoprzestrzenny, który wsysa jednego z mechów.
Po prawo nasz główny bohater, Aoba. Jest przeciętnym nastolatkiem, który prawie spóźnia się do szkoły.
Jak zwykle na początku semestru, przydzielono w klasie nowe siedzenia. Teraz nie dość, że chłopak siedzi z tyłu, to jeszcze obok ślicznotki, która dopiero co wróciła z zagramanicy. W dodatku na kilometr widać, że jest nim zainteresowana, tylko zgrywa zimną, co, oczywiście, jemu samemu umyka i myśli, że coś zrobił.
Po lekcjach (zakładam, że po lekcjach, bo budynek szkolny jest całkowicie pusty) Aoba i jego dwaj kumple grają sobie w kosza, a lachon bawi się telefonem i nerwowo zerka w stronę chłopaków. Jeden z nich korzysta z okazji i postanawia zareklamować jej trochę zalety głównego bohatera, opowiadając, jaki to on wrażliwy i koleżeński.
Tymczasem wcześniej wessany mech wyskakuje z tunelu u wybrzeży Japonii, orientuje się, że jest w przeszłości, hakiersko znajduje Aobę w jakiejś bazie danych, słabo zabezpieczonej, bo to przeszłość i ni z gruchy ni z pietruchy postanawia go zamordować.
Tzn. okej, można się domyślić, że Aoba w tej przyszłości zostanie jakimś Hitlerem albo inszym Johnem Connorem, ale teraz jest tylko zwykłym nastolatkiem z anime!
Dobra wiadomość: pilot jest tak zafiksowany na mordowanie głównego bohatera, że nie próbuje atakować nikogo innego, a Aoba nieźle sobie radzi z ucieczką. Zła wiadomość: pilot jest tak zafiksowany na mordowanie głównego bohatera, że całkowicie ignoruje zniszczenie, jakie powoduje. Na szczęście budynek szkoły, jak już wspomniałam, był pusty, a na ulicach nie pokazano nikogo ginącego, więc raczej ofiar nie było. Japończycy pewnie już są przyzwyczajeni do atakujących miasta wielkich robotów i potworów.
Oczywiście okazuje się, że laska coś wie, dogania Aobę na swoim różowym moturze i każe podążąć za sobą.
No i faktycznie, wyciąga drugiego mecha. Naturalnie różowego, w końcu jest dziewczynką.
Bierze Aobę na klatę do kokpitu i bije się z tamtym. Złowrogi pilot ją rozpoznaje i strasznie przeżywa, że lachon, którego zna, pomaga komuś takiemu. (Ona, oczywiście, też jest z przyszłości i ma za zadanie chronić Aobę.)
W trakcie walki otwiera się kolejny tunel i połączone ze sobą roboty wskakują do niego.
Złowrogi mech się rozwala, natomiast w różowym lachon nagle postanawia sobie zniknąć, każąc li tylko głównemu bohaterowi, żeby znalazł niejakiego Dio.
Tak, wiem, że czekaliście na ten żart: OMG A MYŚLAŁAM ŻE DIO TO DOPIERO NA WIOSNĘ
MUDAMUDAMUDA
Ale jestem zabawna~
Aoba budzi się w zupełnie innym mechu (takim dla chłopca, bo niebieskim) i z przerażeniem stwierdza, że wokół niego toczy się bitwa. Siedząca na mostku Kana Hanazawa powiadamia resztę dowództwa, że mech funkcjonuje i że nie wie, kim jest aktualny pilot, ale ma niesamowitą kompatybilność z Dio!
Interfejs maszyny wyświetla takie coś i mamy napisy końcowe.
Podsumowanie:
Z jednej strony chcę zobaczyć następny odcinek, bo Dio i jego powiązanie z głównym bohaterem wydaje się interesujące, z drugiej - to wszystko już było. To anime jest tak przeciętnym mecha, że nawet Pacific Rim miał oryginalniejsze pomysły. Chociaż, no nie wiem, może później będzie inaczej?